Nashachata II na Lofotach

Ach, cóż to był za rejs. Od samego początku nie obyło się bez niespodzianek. Jeden z załogantów zostawił na lotnisku w Oslo… swój aparat. Na szczęście na drugi dzień Helen go odebrała, ale straciła cenne napoje. Tu przestroga dla wszystkich: jeśli macie międzylądowanie to robiąc zakupy w strefie bezcłowej koniecznie poproście o specjalną torbę, w którą Wam je zapakują!!!

Dwóch „Szwagrów” z Raciborza prawie do nas nie doleciało. Odwołali im lot czarterowy do Bodo i przeniesiono go na dzień następny. Jednym słowem już mamy dzień w plecy a plan rejsu napięty jak struna. To nie koniec „niespodzianek”. Chłopakom udało się dotrzeć do Bodo w poniedziałek a nie, jak zakładaliśmy w niedzielę, jednak ich bagaże postanowiły zostać w… Oslo. Zapadła decyzja o wypłynięciu choć na 2 godziny żeby przeszkolić się w zakresie stawiania żagli, bo przecież sam Bosman robić tego nie będzie :)

  

Chłopaki dotarli, podział na wachty i ich rozpiska zrobione więc na wieczór można było ruszać ku nowej przygodzie :)

Krajobraz, jaki mogliśmy podziwiać był jak z bajki. Na początek Lofoty. Ach, to chyba cud natury! Po 3,5 doby dotarliśmy do Reine. Z resztą co ja będę opisywać, popatrzcie na zdjęcia:

Tam kolejne atrakcje: część łowiła ryby, część zdobywała szczyty, a jeszcze inni próbowali zdobyć szczyt i mimo że niewiele zabrakło to jednak nie tym razem; ale widoki i tak były cudne. Jednym słowem z żeglarzy zamieniliśmy się w piechurów :)

Po Reine i Lofotach udaliśmy się w kierunku fiordów, przecież ktoś musi je nakarmić :) Tam były kolejne zachwyty nad krajobrazem nas otaczającym oraz w Alesund przypadkowa kąpiel Heli, a dzień później już zaplanowana w norweskim fiordzie o wdzięcznej nazwie na S :) Woda ponoć miała 6 stopni, ale nam to nie przeszkadzało :) W czasie kąpieli Bosman udał się na górską wycieczkę i niczym kozica bryknął na sam szczyt lodowca. Zdjęcia zobaczycie poniżej. Nie poszedł tam sam :) Może niektórzy dostrzegą z kim się tam wybrał :)

Najtrudniejsze okazało się „polowanie” na ryby. Codzienne fiasko nie zniechęcało chłopaków, a ich instynkt łowczy doprowadził nawet do spotkania Szwagrów z leśniczym, który celował w nich ze strzelby. Ryby jak nie chciały tak nie brały aż pewnego dnia trafiliśmy na ławice :) Łowili prawie wszyscy ale prym wiódł oczywiście Miś. Jak wszyscy wiedzą misie potrafią łowić, więc nasz nie mógł być gorszy od swojej brunatnej lub polarnej dalekiej rodziny. Szwagier w większości zdejmował rybki z haczyków. I tak współpracując złowiliśmy 36 makreli w ciągu jednej godziny :)

 

Do tego wszystkiego doszła wizyta w oceanarium, piękne zachody słońca, gra w darty. Grali: Kapitan, Bosman, Oficer i Załogant IV wachty,a wygrała oczywiście kobieta :)

 

Ach, pisać można wiele ale nic nie opisze naszych wewnętrznych doznań :) Na koniec dostaliśmy „laurki” i nadszedł czas powrotu do domu. Pozostały niezapomniane wspomnienia, zdjęcia oraz nadzieja że jeszcze kiedyś przeżyjemy podobną przygodę :)

 

Więcej informacji na temat jachtu znajdziecie na stronie armatora: www.conceptsailing.pl

Jeśli przekonał Cię opis tej wyprawy i chcesz dołączyć do fantastycznej załogi, stać się częścią niej to zapraszam dokontaktu mailowego kptmisiek@gmail.com

Serdecznie zapraszam!

 

Comments are closed.